Szpital nr 1

Odór śmierci w szpitalnych korytarzach
Nie wyjdziesz stąd zdrowy, nie próbuj o tym marzyć
Nie wyjdziesz stąd żywy, jesteś tylko pacjentem
Dawcą organów, do doświadczeń sprzętem
Mimo wszystko chcesz przeżyć, więc personel opłaciłeś
Strzykawki, lekarstwa, żarcie kupiłeś
By mieć prawo leżeć i myśleć o tych
Z którymi grałeś w karty jeszcze wczoraj wieczorem
Teraz stygną w łazience, tych już wyleczyli
Boisz się ich chłodu, ciebie jeszcze nie zabili
Zbyt wiele do stracenia, by iść się odlać
Nie możesz tam pójść, mógłbyś przecież tam zostać
A tak sobie leżysz, czas ci miło mija
Czasem ksiądz tu przyjdzie, coś ci wepchnie do ryja
Wisi krzyż nad tobą, jesteś więc w Boga pieczy
Sprzęt paranormalny – on jedynie tu leczy

Szpital nr 1 na mojej ulicy –
Krótki to przystanek w drodze do kostnicy
Tutaj śmierć jest w modzie, tutaj o śmierć proszą
Stąd się nie wychodzi – stąd cię wynoszą

Widok z onkologii na zakład pogrzebowy
Grabarz grzeje karawan, niedługo ktoś nowy
Ruszy na przejażdżkę w czarnym mercedesie
Lekarz powiadomił, ma udział w biznesie
Dzięki niemu jest zawsze trumienka na miarę
Ściągniętą z żywych, lecz do wyjścia gotowych
Potem tylko swoje odleżą w łazience
A gdy będzie pewne, że stali się towarem,
I dodatkowym źródłem dochodu
Będą sunąć ochoczo nogami do przodu
Piętro wyżej oddział ginekologiczny
Tam się już nie usuwa, to nieetyczne
W publicznej lecznicy interes jest gówniany
I są świadkowie, mogą donieść księdzu panu
A dzięki skrobankom w prywatnej przychodni
Panny chodzą bez brzucha, a lekarze nie są głodni

Gdy dobiorą się do ciebie, nie ujdziesz z rąk katów
Jako setny w kolejce do zepsutych aparatów
„Przed przyjęciem datków nie zadrży mi ręka –
– szeptem mówi lekarz, wskazując na łazienkę –
Zwolniło się tam miejsce dla zimnych lokatorów”
Dajesz pieniądze, nie jesteś jeszcze gotów
Uśpili, rozcięli, z powrotem zaszyli
Prześwietlenie wykazało, że coś zostawili
Może tak jak zwykle, skalpel lub nożyczki
Chustę chirurgiczną, waciane zatyczki
Panie doktorze, co ja teraz zrobię,
Może mi być ciężko żyć z tym wszystkim w sobie
Pan lekarz mi poradzi, zapłacę za receptę
I sam się będę leczył, tak jak przedtem
Nie chcę służbie zdrowia kłopotów wiele robić,
Nie chcę też umierać, jak mam to pogodzić?

Jęczałeś po nocach, więc cię przenieśli
Do izolatki – celi śmierci
Tu czekasz na wyrok, słysząc tylko swój oddech
Zapomnieli już o tobie, jesteś stracony
Nie masz już kasy, oddałeś im wszystko
Ponury żniwiarz jest bardzo blisko
Wczoraj w nocy zatrząsł twoim łóżkiem
Odciął kroplówkę, wyszarpał poduszkę
O świcie odszedł, z zimną kosą w dłoni
Lecz następnym razem już się nie obronisz
Ból coraz większy, coraz większy obłęd,
Nie masz siły uciekać, nie możesz stąd odejść
Nagle boleć przestało, nie wiesz co jest grane,
Może ozdrowiałeś, wyleczyli cię naprawdę
Lecz dlaczego ci tak zimno i skostniałe masz ręce
Witamy serdecznie w przytulnej łazience