Szpital nr 1 – 2013

Wrota do wieczności stanęły otworem
Wita cię szpital trupim odorem
Na izbie przyjęć chorych skomlenie
By z nimi nie czekać napchałeś w kieszenie

Byłeś człowiekiem, jesteś pacjentem
Dawcą organów eksperymentem
Masz prawo leżeć i myśleć o tych
Z którymi grałeś w karty jeszcze wczoraj wieczorem
Teraz stygną w łazience, tych już wyleczyli
Boisz się ich chłodu, ciebie jeszcze nie zabili
Zbyt wiele do stracenia, by iść się odlać
Nie możesz tam pójść, mógłbyś przecież tam zostać
Jest basen i kaczki – czas miło mija
Klecha się zbliża coś ci wpycha do ryja
Jezu wisi nad tobą, jesteś więc w Boga pieczy
Sprzęt paranormalny – on jedynie tu leczy

Widok z onkologii na zakład pogrzebowy
Grabarz grzeje karawan, niedługo ktoś nowy
Ruszy na przejażdżkę w czarnym mercedesie
Lekarz powiadomił, ma udział w biznesie
Dzięki niemu jest zawsze trumienka na miarę
Ściągniętą z żywych, lecz do wyjścia gotowych
Potem tylko swoje odleżą w łazience
A gdy będzie pewne, że stali się towarem,
I dodatkowym źródłem dochodu
Będą sunąć ochoczo nogami do przodu
Piętro wyżej oddział ginekologiczny
Tam się już nie usuwa, to nieetyczne
W publicznej lecznicy interes gówniany
I są świadkowie, mogą donieść księdzu panu
A dzięki skrobankom w prywatnej przychodni
Panny chodzą szczupłe, a lekarze nie są głodni

Szpital nr 1 na mojej ulicy –
Krótki to przystanek w drodze do kostnicy
Śmiertka dla zabawy młynka kręci kosą
Zacnie cię oprawią pięknie wypatroszą

Szpital numer jeden – sterylni medycy
To alkoholicy pełni znieczulicy
Lizol i chodaki już ku tobie kroczą
Wywrócą ci flaki juchy ci utoczą

Gdy dobiorą się do ciebie, nie ujdziesz od katów
Jako setny w kolejce do zepsutych aparatów
„Przed przyjęciem datków nie zadrży mi ręka –
– cicho mówi lekarz, pokazuje na łazienkę –
Zwolniło się tam miejsce dla zimnych lokatorów”
Dajesz pieniądze, nie jesteś jeszcze gotów
Uśpili, rozcięli, z powrotem zaszyli
Prześwietlenie wykazało, że coś zostawili
Może tak jak zwykle, skalpel lub nożyczki
Chustę chirurgiczną, waciane zatyczki
Panie doktorze, co ja teraz zrobię,
Może mi być ciężko żyć z tym wszystkim w sobie
Pan lekarz mi poradzi, zapłacę za receptę
I sam się będę leczył, tak jak przedtem
Nie chcę służbie zdrowia kłopotów wiele robić,
Nie chcę też umierać, jak mam to pogodzić?

Szpital numer jeden – sterylni medycy
To alkoholicy pełni znieczulicy
Lizol i chodaki już ku tobie kroczą
Wywrócą ci flaki juchy ci utoczą

Jęczałeś po nocach, więc cię przenieśli
Do izolatki – celi śmierci
Tu czekasz na wyrok, słysząc tylko swój oddech
Zapomnieli już o tobie, jesteś stracony
Nie masz już kasy, oddałeś im wszystko
Ponury żniwiarz jest blisko
Wczoraj w nocy usiadł ci pod łóżkiem
Odciął kroplówkę, wyszarpał poduszkę
O świcie odszedł, z zimną kosą w dłoni
Lecz następnym razem już się nie obronisz
Ból coraz większy, coraz większy obłęd,
Nie ma siły uciekać, nie da się stąd odejść
Nagle boleć przestało, nie wiesz co jest grane,
Może ozdrowiałeś, wyleczyli cię naprawdę
Lecz dlaczego ci tak zimno i skostniałe masz ręce
Kostucha i mucha witają w łazience.

Szpital nr 1 na mojej ulicy –
Krótki to przystanek w drodze do kostnicy
Śmiertka dla zabawy młynka kręci kosą
Zacnie cię oprawią pięknie wypatroszą

Szpital numer jeden – sterylni medycy
To alkoholicy pełni znieczulicy
Lizol i chodaki już ku tobie kroczą
Wywrócą ci flaki juchy ci utoczą